“Sława o mądrych i sprawiedliwych rządach króla Kazimierza Wielkiego rozeszła się po całym kraju. Władca, który „zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną” budował miasta i zakładał wioski.

Pewnego dnia, kiedy król polował na grubego zwierza, zapędził się w głąb świerkowych lasów. Utrudzony, zamierzał już dać sygnał do powrotu na znany trakt, gdy niespodziewanie zza drzew odsłoniła się malownicza niewielka dolina otoczona trzema wzniosłymi, górskimi szczytami.
Przez środek płynął rwący, bystry potok z wodą przejrzystą niczym lustro, a wokół rozciągały się pola bujnej trawy. „To mi dopiero urodzajna ziemia, żyzna i nadająca się pod uprawę – pomyślał król. – Tutaj założę bogatą osadę.”

Niebawem, po powrocie do Krakowa nasz monarcha przygotował akt lokacyjny i w miejscu żyznej doliny założył wieś. Kiedy głowił się, jak ją nazwać, do komnaty wbiegła ukochana córeczka Kasia. Na widok wesołego dziecka radość pojawiła się na obliczu króla. Wiedział już, że na cześć Kasi nową wioskę nazwie Kasinką Małą. „To będzie dla Kasi najlepszy prezent, który przetrwa wieki – zdecydował”.

Król szczególnie zadbał o wioskę sławiącą imię jego dziecka. Pierwszym sołtysem mianował hrabiego Lubomirskiego, swojego bliskiego przyjaciela. Jak mówią podania, hrabia, chłopów odrabiających u niego pańszczyznę traktował z należytym szacunkiem i wcale nie dbał o to, ile jardów zboża zbiorą. Chciał tylko, aby mieszkańcy jego wioski czuli się bezpiecznie i szczęśliwie. Kmiecie swojego pana kochali i darzyli szacunkiem, którego żadne kary ani żadne pieniądze nie wymuszą.

Mijały lata i mimo, że hrabia nie stosował kar cielesnych, porządek był w Kasince jak trzeba. Wielu bogatych panów widząc zadbaną i dostatnią wioskę, chciało nabyć do niej prawa. Na próżno. Hrabia Lubomirski traktował Kasinkę Małą jak część swojego domu, a i król patrzył na tę osadę łaskawym okiem, przynosiła wszak chlubę królewnie Kasi.

Dostatek zagościł w dolinie. Gospodarnym i poczciwym kasinczanom radośnie szumiały wyniosłe smreki i buki porastające strome zbocza Szczebla i Lubogoszczy. Ludziom dobrze się tutaj żyło. Niejeden pobudował nową chałupę, a do obory wprowadził krowy i parę wołów.

Szczęście jednak, tak jak większość rzeczy na tym świecie, ma przymiot przemijalności. Opuściło to szczęście na czas jakiś Kasinkę, dobrze jednak, że po próbach losu powróciło i znów rozgościło się nad Rabą, miejmy nadzieję, na bardzo długo. Ale nie uprzedzajmy zdarzeń, wróćmy do czasów naszych praojców.

Zdarzyło się tak, że po kilkunastu latach mądrych i sprawiedliwych rządów hrabia Lubomirski podzielił swój majątek między dwóch synów. Młodszy zabrał swoją połowę i wyruszył w świat pobierać nauki i sposobić się na dworskiego sekretarza. Starszy syn zagarnął wioski i stał się panem Kasinki.

Jakież było rozczarowanie chłopów, którzy myśleli, że syn wrodził się w ojca. Nowy pan okazał się tyranem i ciemiężcą, który życie spędzał na polowaniach i zabawach. Z każdym dniem ucisk chłopów wzrastał, musieli zanosić do dworu obfite daniny. Na rozkaz pana chłopi zmuszani byli do udziału w polowaniach. Jakże bolało ich serce, kiedy pan i jego wesoła kompania tratowali zasiane pola, a potem domagali się obfitych zbiorów. Chłopi milczeli i nisko schylali spracowane karki, ale w ich oczach pojawił się wyraz zawziętości i buntu, niesprawiedliwość i upokarzanie zaczęły ich boleć.

Póki co, do niegdyś rozśpiewanej i zasobnej wioski zaczęła wkradać się bieda i jej siostra nędza. Wielki smutek zapanował w Kasince, bo tylko ci, co posiadali trochę większe gospodarstwa, mogli wyżywić rodzinę. Do chałup chłopów, którzy mieli tylko kilka morgów zaglądał głód.
Nieproszony gość, głód, zajrzał też do chaty kmiecia Bartłomieja. Pracowity i zaradny człowiek oganiał się biedzie, jak umiał. Kiedy jednak zachorowała jego żona, poczciwa Kasia, Bartłomiej zaniósł sześć korcy ziarna babie, znachorce i zielarce, żeby przegnała chorobę z chaty. Szczęśliwie Kasia zaczęła dobrzeć, a tu pojawiło się nowe zmartwienie. Sześcioro dzieci wołało o jedzenie. Wspomagali go litościwi sąsiedzi, ale w komorze coraz częściej ani kawałka chleba, ani kartofla nie było.

Rozpacz ogarniała Bartłomieja. Miewał najróżniejsze czarne myśli. Nie był rozbójnikiem, ale planował nawet na drodze kogoś napaść i ograbić, żeby dzieciom i żonie jeść przynieść.
Na szczęście rychło porzucał te zamiary. „Nigdy zek nie krod i tego robił nie bede, choćby mi przysło głodem przymierać – mówił do siebie. – Pan Bóg uczciwemu pobłogosławi, nie do nos ukrzywdzić.”

Tymczasem nastała zima. Śnieg okrył swoja puszystą, białą pierzyną okoliczne pola. W chałupie kmiecia Bartłomieja szron ozdobił wspaniałymi wzorami okiennice. Mroźne paprocie i drzewka skrzyły się lodowatym blaskiem, panoszyły się, bo palenisko wygasło, pochłaniając ostatnią wiązkę chrustu.

Wybrał się tedy zafrasowany Bartłomiej do Szczebla uzbierać gałęzi na opał. „Jakiesi konary abo chojory znojde, ale co dzieciskom dom jeś, kie mojo Kasia ni mo, co do gorka włozyć – myślał, owijając się szczelnie starym baranim kożuchem.

Byłby Bartłomiej zamarzł niechybnie w lesie, gdyby nie tajemnicza siła. Różnie ludzie o tym gadali, jedni twierdzili, że nikt inny chłopu nie pomógł tylko jego matusia z nieba się odezwała, inni byli przekonani, że to dobry anioł albo sama Matka Boska. Bartłomiej sam nie wiedział, kto w środku lasu, jakby zza smreków zawołał:

– Poczciwy człowieku! Idź do Zimnej Dziury na Szczeblu, tam w grocie znajdziesz ratunek.

Przeląkł się chłop niezmiernie, aż krzyknął z przerażenia:

– Co za dziwy? Rety! Kto do mnie godo?

Odpowiedziała mu cisza, drzewa stały nieruchomo przykryte świeżutkim puchem. „Cosik jo o tych skarbak w Zimny Dziurze słysoł, ale godali, ze ik pilnuje cort strasny – dumał skołowaciały Bartłomiej – Póde jo do te dziury moze mnie nic nie zje”.

Było już prawie ciemno, kiedy chłop, ledwo żywy od strachu i utrudzenia, stanął przed jaskinią, o której we wsi nieraz gadali, że lepiej ją omijać, bo nie wiadomo, co w sobie kryje. Bartłomiej ośmielony obietnicą, jaką dał mu tajemniczy głos, przeżegnał się pobożnie i zaczął szeptać pacierze.

– Czegóż tu szukasz człowiecze? – odezwał się ostry, dudniący głos jakby dochodzący z pieczary. – Wejdź do jaskini, bo wiem, żeś do mnie przyszedł.

Bartłomiej ledwo przecisnął się przez wąski skalny tunel i wślizgnął się po mokrych kamieniach do środka. Zobaczył skalną grotę, na środku biła złocistym blaskiem góra dukatów, a obok stał dziwny stwór. Nie był taki straszny tylko niezwyczajny. „Jakiś skrzat? Czy co? – zdumiał się chłop – Powiem mu o swojej niedoli. Moze do mi dukacika”.

– Niech będzie pochwalony – przywitał się jak należy Bartłomiej – przysłek piknie prosić o ratunek.

Bieda strasna we wsi. Ni ma co do gorka włozyć, dzieciska z głodu płacom. Dejcie panie tyle, co by na chlyb do wiesny wystarcyło.

– Człowiecze szalony – drwiąco odezwał się pan podziemi – mógłbyś zostać tu do końca świata. Twojej duszy wziąć jednak nie mogę, jest zbyt czysta i zacna. Weź dukaty do tej sakiewki i niech cię nie zgubi chciwość.

Nagle zaszumiało, zaświszczało i Bartłomiej nie wiedzieć jak znalazł się przed swoją chatą.
Nie miał czasu dumać, co się stało, czym prędzej poleciał do dworu po ziarno na podpłomyki. Hrabiemu na widok dukatów zaświeciły się oczy. Zaczął wypytywać chłopa, skąd wziął złote monety. Poczciwy Bartłomiej opowiedział o skarbach ukrytych w Zimnej Dziurze i pilnującym je skrzacie. Chciwy hrabia szybko porwał od chłopa dwa dukaty i kazał na sanie załadować zboże i ziemniaki. Sam zaś po chwili pędził swojego wierzchowca w stronę Szczebla.

O tym, co się wydarzyło w skalnej jaskini nikt dobrze nie wie. Podobno łakomy bogactw hrabia został rozszarpany przez wilki grasujące w lesie. Ale starzy ludzie powiadali, że niejeden słyszał jęki dochodzące z Zimnej Dziury, to pokutująca dusza hrabiego czeka Sądu Ostatecznego. Pewnie dlatego, że serce hrabiego było zimne jak lód, pieczara zionie chłodem nawet w upalny dzień, a ludzie to miejsce nazwali Zimną Dziurą.

Bartłomiej tymczasem nakarmił rodzinę i rozpalił ogień w chałupie. Wiedział, że trzeba innym pomóc w potrzebie, tak jemu ktoś pomógł. Zwołał wszystkich chłopów na wiec i uradzili, żeby pojechać do młyna do Myślenic i przywieź mąki na chleby. Szczęśliwie wystarczyło im, nawet przez cały przednówek mieli co jeść.

Od tej pory nastały lepsze czasy dla Kasinki, jakby żywa legenda o pokutującym w Zimnej Dziurze hrabi hamowała chciwość i okrucieństwo kolejnych panów.

Mijają wieki, a Kasinki Małej nie opuszcza dostatek i szczęście – udał się prezent królowi Kazimierzowi Wielkiemu.” ( Źródło: Anna Szczypka, http://www.patriotyzmjutra-legendy.sto.org.pl/?action=legends&pid=71)